W poszukiwaniu historii.

A wszystko to zaczęło się w sobotę świąteczną o godzinie dwudziestej drugiej.

Siedząc sobie sielsko z przyjaciółmi w świąteczny sobotni wieczór, męcząc wszystkie części Władcy Pierścieni nie myślałem, że jeszcze coś dobrego w te święta mnie spotka.

Zerkam na telefon. Pisze Kuba. Jedziesz jutro do Warszawy?

Chwila namysłu, czemu by nie? Tam mnie jeszcze nie było!

No nic, maraton skończony dwudziesta trzecia z groszami, czas się pożegnać i do domu. Te dwanaście km śmignęło jak z bicza strzelił. Szybko myć się i spać, bo rano wyjazd.

Postawiłem rower w powozowni i migiem do domu.

Wstałem wcześnie rano, jak mam w zwyczaju. Śniadanie – płatki owsiane, herbata w termos i czekam. A w międzyczasie zajrzałem na nasza stronkę by zobaczyć kto jedzie o dziesiątej na niedzielny wypad. Szkoda mi troszkę i miałem nawet poczucie winy, że nie mogę z nimi. To znaczy mogę, ale wiedząc, że Kuba jest człowiekiem nietuzinkowym czasami odmiana jest wskazana, wszystko mi wynagrodzi.

Czas wyjeżdżać. Kuba podjechał. Pakujemy białego na dach i co? Guma, taki mały peszek. Na szczęście mam na zimowym odpoczynku Szarego. Przekładamy pedały i w drogę. Najpierw na Głowno po trzeciego członka naszej ekipy i na autostradę.

Fajna ekipa. Co ciekawe Kacper jeździ na trialu. Umowa jest taka, że my sobie jedziemy, a on szaleje na swój sposób.

Mimo tego, że nie jestem znawcą i sympatykiem, nie mogłem wyjść z podziwu jak on bawi się rowerem. Tak naturalnie, jak by to była część jego ciała, a neuronowe połączenie z rowerem dawało mu taka naturalność ruchów, które wszystkie były pod kontrolą.

Ale odszedłem od tematu. Dojechawszy szczęśliwie rozchodzimy – znaczy rozjeżdżamy się w swoje strony.

CAMERA

Obaj z Kubą jesteśmy maniakami historii.  Być  w Stolicy i nie wstąpić do muzeum uzbrojenia byłby to grzech.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Fort_IX_Twierdzy_Warszawa

Śmigamy sobie ścieżynkami. Co ciekawe myślałem, że infrastruktura jest gorsza, lecz nie jest tak źle. Daję radę. Kuba nawigator lub przewodnik wycieczki jak kto woli, sprawuje się świetnie w tej roli. Trafiamy bezbłędnie.

PHTO0336.JPGPHTO0332.JPG

PHTO0347.JPG

CAMERACAMERA

 

 

 

CAMERA

CAMERA

Bawiliśmy się tam przednio – dla takich maniaków jak my to istny raj. Od czołgów po wyrzutnie rakiet, transportery, pojazdy specjalne, armaty wszystko czego potrzeba dużemu chłopcu, jakim niewątpliwie w takim miejscu się czuję.

No nic, fajnie było, a przede wszystkim warto. Jedziemy dalej. Nawigator wskazuje kierunek na Otwock – cel główny wyprawy – Dąbrowiecka Góra, Schron Regelbau 120a.

http://wikimapia.org/1972404/pl/D%C4%85browiecka-G%C3%B3ra-Schron-Regelbau-120a

Jakieś trzydzieści km – damy radę. Ścieżki bardzo przyjazne dla użytkownika, szybko i sprawnie się poruszamy. Przejeżdżamy Wisłę.

PHTO0357.JPG

Kuba narzuca słuszne tempo – jeszcze daję radę. Po kilkunastu km musimy wjechać na asfalt. Ruch duży, ale chociaż tirów nie ma.

Nawigator podaje rozkaz – czas na posiłek. Do celu jedenaście km.

Na przystanku chwila popasu, każdy je co ma, uzupełniamy płyny i w drogę.

PHTO0361.JPG

Słuszne tempo kierownika wycieczki spowodowało, że na pewnym odcinku odpadłem. Wczorajsza siedemdziesiątka dała o sobie znać brakiem sił. No nic. Poczekał. Na szczęście.

Otwock przywitał nas ścieżkami pięknymi, równymi i w ogóle. Tam pierwszy raz zobaczyliśmy podświetlane linie wyznaczające ścieżkę, oddzielające pas pieszych i dla rowerów – bajka normalnie:)

CAMERA

Dojeżdżamy do początku sławnej czerwonej drogi, która ma nas doprowadzić do naszego celu podróży.

Jedziemy, obserwujemy bacznie otoczenie. Droga faktycznie wybrukowana cegłami, ale to chyba już dawno było, bo ślady cegieł widać, ale jakoś słabo wyraźnie.

Wszystko w prządku do momentu, aż trafiliśmy na skrzyżowanie. Hmmm, wybór pada na jazdę prosto. Las piękny, nawierzchnia całkiem całkiem, ale bunkrów nie ma. Zaczepiam niespotykanej urody niewiastę ze słuchawkami pytaniem – czy do bunkrów w dobrą stronę? Stwierdziła z pięknym uśmiechem na ustach, że tak, jakieś kilometr.

Po dwóch zaczęliśmy wątpić, ale znów skrzyżowanie. Przejeżdżamy szlakiem cegieł, czyli prosto jak droga prowadzi.

Oczywiście trzeba było się upewnić. Zatrzymuję pana śmigającego rowerem z naprzeciwka. Ponawiam pytanie o umocnienia – pierwsza w prawo. No ok, jedziemy. Skręcamy w pierwszą, tak jak pan nam kazał, ale cóż bunkrów nie ma? Ale jest rów przeciwczołgowy, wiec muszą być blisko.

Nawigator odpala swoja elektroniczną pomoc. Okazuje się, że była w prawo, ale wcześniej. Nie łamiemy się, zawracamy. Tylko górka i już w oddali widać kopułę obserwacyjną. Jesteśmy w domu.

CAMERA

PHTO0372.JPG

PHTO0369.JPG

PHTO0375.JPG

PHTO0373.JPG

PHTO0382.JPG

Niby nic, jakieś bunkry, ale dla nas to jest historia miejsca, zwykłych ludzi, którzy umierali nawet pewnie nie wierząc w to dla czego walczą. Rożne były postawy, lecz najbardziej cierpieli zwykli szarzy ludzie. Splot wydarzeń rzucił ich w to miejsce, gdzie mieli kończyć życie z bronią w ręku.

Żyjemy tu i teraz, a pamięć o nich powinno się pielęgnować. Bo czym jest naród bez historii? Takie obiekty nie powinny niszczeć. Fajnie jest to, że znajdują się pasjonaci, który często z własnych środków ocalają od zapomnienia takie właśnie miejsca.

Szkoda tylko, że obydwa były zamknięte. Nie pora i czas jeszcze, ale mam nadzieję, że wrócimy wiosną, kiedy sezon będzie w pełni i można będzie spokojnie obejrzeć obydwa od środka.

Zbieramy się. Mamy przed sobą jeszcze trochę km. Wracamy prawie tą sama trasą. Tym razem ja prowadzę. Szybka zmiana roweru spowodowała, że miałem liche oświetlenie, ale korek na trasie słusznie spowalniał ruch. Kuba mnie ubezpieczał.

Do Stolicy dotarliśmy już po zmroku obierając azymut na Pałac Kultury. Nawigacja ma mistrza. Na sam koniec zafundowała nam drogę z przeszkodami – dość, że górka była znacznej wysokości – nie daliśmy rady podjechać – to dała nam w kość.

Widoki za to nam wszystko wynagrodziły – Stadion Narodowy, miasto rozświetlone jak w bajce.

Na szczęście widać Pałac co raz bliżej, podświetlony na zielono, aż się twarz układa do uśmiechu.

PHTO0399.JPG

Mała rundka w około w poszukiwaniu Kacpra i do samochodu. Małe przegrupowanie i naszą wyprawę kończymy kebabem. Smakował wyśmienicie po takim wysiłku. Wszyscy najedzeni, wyluzowani i przede wszystkim – szczęśliwi.

Szkoda wracać. Jeszcze tyle nie widzieliśmy. Ale wrócimy następnym razem. Temat dobry, więc trzeba kontynuować.

Reasumując nasz wyjazd – warto mieć w otoczeniu ludzi, dzięki którym życie jest nieprzewidywalne. Można robić coś bez planów, a mimo to bawić się życiem jak dziecko:) Trzeba żyć z pasją i dziękować wszechmocnemu, że można robić to co się kocha i nie być w tym odosobnionym przypadkiem!!!

Zapis trasy dzięki Edziowi 🙂

https://www.endomondo.com/routes/649388320