Pierwsza podróż z sakwami.

Pierwsza podróż z sakwami.

Urlop planowaliśmy prawie cały rok, nasz pierwszy wypad z  tobołkami.Nie byliśmy doświadczonymi podróżnikami, lekcja jaka nas ta wycieczka zapisała się w naszej pamięci na długo.

Krzysztof jak i ja jesteśmy ludźmi którym że tak powiem szalone pomysły wolimy realizować  a nie czekać aż samo coś się stanie.Najlepiej założyć sobie tylko główne cele , a reszta to sama jakoś pójdzie. Tak tez się stało.

Plan na początek  ;dostać się do Gdańska  a potem to już improwizacja ,cel główny Szczecin.

Więc pierwszym środkiem transportu był pojazd o nie określonej marce , gabarytów busa który przetransportował nas dzięki uprzejmości kolegi Krzysztofa do ŁOWICZA.

To miasto odwiedzaliśmy nie raz , ale tym razem  wyruszaliśmy z niego w świat.

Noc była piękna i ciepła , więc czekanie na pociąg się nam nie dłużyło.Bilety kupione więc pewnie nas zabiora? Zobaczymy.

Jest już go widać , nie jest Łowicz miejscem startu pociągu więc trzeba się uwijać, teraz problem jak zapakować nasze rowery , i pytanie gdzie? NIE było niestety przedziału rowerowego , lecz konduktor skierował nas na koniec składu gdzie zgrabnie zatarasowaliśmy przejście do kibelka naszymi tobołkami, stał tam jeszcze jeden wehikuł, lecz się zmieściliśmy bez problemu.Teraz pozostało nam tylko zając jakieś miejsce siedzące.Fajnie sie złożyło bo w pierwszym przedziale, dość ze było miejsce to właściciel roweru sie znalazł , jechał tam gdzie my.Kontem oka w szybie mogłem obserwować nasze bagaże.Za każdym postojem trzeba było się pofatygować żeby komuś się coś nie przykleiło.Troszkę drzemki na zmianę też złapaliśmy, więc nie jest źle.

Po kilku godzinach jazdy i bujania w końcu GDAŃSK,byłem tam nie raz ale nie o tak wczesnej porze , przed wschodem słońca.

Miasto wymarłe , turystów jak na lekarstwo, a i wszystkim pozamykane.No cóż pozostaje nam zjeść śniadanie z naszych tobołków, schabowego z chlebkiem , na masę:)

Miejscem naszego pierwszego postoju był pomnik Neptuna, gdzie nie omieszkaliśmy zrobić sobie fotek.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

wschód słońca:)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

obowiązkowa fotka przy Neptunie:)

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Miasto budzi sie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Kręciła się tez przy pomniku piękną niewiasta wieku nieokreślonego, która towarzyszyła nam aż  na Hel. Pojedliśmy udaliśmy się na zwiedzanie , objazd starówki .Plan wyruszenie na hel na kołach szybko zmieniliśmy, da się dotrzeć tramwajem wodnym na hel.Jak pomyśleliśmy tak zrobiliśmy, kupiliśmy bilety.Spotkaliśmy w kolejce tego samego anioła co pod Fontanną.

Czyli płynie z nami:)Jednostka pływająca podpłynęła i przyszedł czas załadunku, sakwy  trzeba było zdemontować niestety , a nasze osiołki zaparkowaliśmy jako pierwsi.Dużym zaskoczeniem była ilość sztuk jednośladów , jaka się potem pojawiła.Nasze były ze tak powiem najbardziej styrane.

Rejs w tak przyjemnych warunkach przyrody, rozleniwił nas troszkę,  wyczytałem jak się używa tratwy ratunkowej , tak przypadkiem, a i anioł ze zjawiskowa uroda tez nie uniknął naszych spojrzeń , na szczęście były odwzajemnione uśmiechem 🙂

Dobiliśmy do Helu,szybkie przegrupowanie i przed siebie.

Jednym z założeń było że dziennie będziemy robić 100 km, lecz nie zawsze nam to wychodziło.

Etap pierwszy.

Hel-Władysławowo-Jastrzebia Góra-Karwia-Krokowa-Białogóra.

Hel , szkoda że mamy tak mało czasu , można było by się pokręcić po umocnieniach i bunkrach, lecz to nie ten czas wrócimy tu kiedy indziej.

Z półwyspu Władysławowa,przepiękna ścieżką rowerowa,lasem w,mijamy wielu rowerzystów co cieszy oko.Po kilkunastu km wyjeżdżamy z lasu , i dopiero zaczyna się Sajgon,ścieżka wyznaczona po chodniku, no super da się jechać ale  to szczyt sezonu  a ludzi masa.Niektórzy nawet nie zdają sobie sprawy że poruszamy się rowerem, idą cała szerokością , z pieskami dziec mi nie zwracając na nic uwagi.W końcu się wkurzamy i jedziemy ulica.Samochodów masa wszyscy w jedna stronę i stoją w korku.Po co urlop jeśli trzeba stać w rządku samochodów psiocząc na tych z przodu?Nie mam pojęcia, po co tam się pchać wiedząc że wszyscy tam jada?

Mimo tego ze prawie dwa razy zostałem przejechany przez auto, widoki zatoki  wynagrodziły mi wszystko.Pada pomysł przyjazdu tu w zimę po sezonie.

Mijamy Władysławowo, nie zatrzymując się nawet , bo nie było potrzeby, picie i prowiant mamy więc  szkoda czasu.Docieramy do Jastrzębiej Góry , tu robimy sobie przerwę na zwiedzanie pierwszej na naszej drodze latarni morskiej.Robi wrażenie, lecz nie możemy za zbytnio oddalać się od naszych tobołków , to jest jedna z niedogodności , że nie można sobie iść samopas,lecz nam to nie faluje jak spokojne morze latem.

 

Jedziemy wzdłuż wybrzeża , słychać szum fal , a jod wypełnia nasze płuca. Fajnie jest być wolnym , jechać przed siebie nie musząc się o nic martwic , co ma być to będzie.

W karwi odbijamy na Krokową,głodni jak wilki robimy popas.Na pierwszy ogień idzie pizza,  uzupełniona batonami .Robimy zapasy płynów w pobliskim sklepie  i jedziemy dalej. Założeniem naszym jest zobaczyć nie wybudowana elektrownie atomowa  w Żarnowcu.Pokręciliśmy się troszkę i jej nie znaleźliśmy , no nic  dobrze się jedzie więc śmigiem dalej,odbijamy na Biała Górę, W kierunku morza.

Idziemy na plażę , rozejrzeć się co i jak, ludu masa a r5owerów w lesie do wyboru do koloru, dla złodzieja raj,właściciele nie zdają sobie chyba sprawy ze nie przypinanie rowerów , bądź używanie zabezpieczenie  niskiej jakości może się zemścić.Lecz nie nasz problem.Po małym rekonesansie robimy odwrót przyjedziemy później jak ludzie pójdą sobie do domu.Miasteczko czysto sezonowe , szukamy posiłku.Nasze osiołki odpoczywają a my posilamy się kebabem , popijamy niezdrowa cola , a co jest przecież urlop więc morzem.

Siedzimy obserwując ludzi, komentując dziwne ich zachowania, i wtedy nadeszła godzina exodusu z plaży.Masowa ucieczka z plaży , jak by jakiś atak zombi się odbył, całe rodziny , psy koty dzieci totalna masakra.Nie wiem jak się na tej plaży zmieścili?

Może ja jestem inny ale nie chciał bym leżeć cały dzień na plaży przewracając się z boku na bok. No nic każdy spędza urlop tak jak lubi, ale ja wiem że będę unikał w przyszłości takich właśnie miejscowości gdzie tak naprawdę nic nie ma .

Masowa ucieczka się skończyła, tylko niedobitki pozostały na plaży.My odpoczęliśmy a wieczór już bliski, więc jedziemy nad morze  szukać miejsca na nocleg.

Opustoszała plaża, wygląda bosko , zachód słońca jeszcze lepiej.Nasze osiołki objuczone bagażami , mniej lub bardziej potrzebnymi targamy po piachu. Znajdujemy fajne miejsce osłonięte od wiatru i sie rozkładamy. Postanowiliśmy spać na plaży.Rozłożyliśmy śpiwory maty , i idziemy się odświeżyć w morzu.Woda cieplutka , a po całym dniu  daje poczucie świeżości mimo ze klasa czystości ma wiele do życzenia.

Podziwiamy przepiękny widok , konie na plaży, widok niesamowity i prawie tylko dla nas.Przechodził pan i spytał czy spoimy  w tym miejscu? Jak by nie było widać , potwierdzamy.A on stwierdza ze tez by tak chciał.

P1260026

widok wieczorowa porą:)

P1260028 P1260025

 

 

 

Tak jak by nikt mu nie dawał i nie miał takiej możliwości jak my.

Sprawdzamy pogodę , ma nie padać więc układamy się do snu kołyszeni nutka fal dobijających do brzegu.

Śpiwór mi się sprawdził, było mi za gorąco, maść na  odparzenia tez działa, zapobiegawczo sobie posmarowałem  wstydliwa część ciała żeby później nie płakać.

Sen przyszedł szybko , lecz nad ranem obudziły mnie krople deszczu(miało nie padać) ,wyjmuje z bagaży płachtę do nakrywania basenu przykrywam rowery i nas (duża i lekka) śpimy dalej.Rankiem nie wiedzieć skąd mam piasek  wszędzie w śpiworze z naciskiem na wszędzie.No nic muszę się  wypłukać w zimnej wodzie , rześkie powietrze i temperatura wody skutecznie budzi .Zbieramy majdan i dalej.

https://www.endomondo.com/routes/653735114

 

DZien drugi

Biała Góra-CHOCZEWO-WICKO-ŁEBA-SKRZYNNO GŁOWCZYCE-ŻELKOWO GALINY  ROWY-

Rześkie powietrze , morza szum ptaków śpiew a my z tobołkami idziemy pośród drzew, no niestety nie da się jak na razie jechać. Docieramy do utwardzonej nawierzchni,  wkońcu:)

wbijamy się na trasę 213, asfalt i samochody dają nam popalić , kilometry lecą  a widoki aż miło. Pierwsza noc na plaży zweryfikowała nasze bagaże, tak naprawdę tyle rzeczy niepotrzebnych wzięliśmy ze tak naprawdę połowa jest co najmniej zbędna , ale z drugiej strony mieć a nie potrzebować to jest jakieś zabezpieczenie.Drugiego dnia nadajemy sobie średnie tępo ,  a to dlatego ze zapowiadali burze .Odjechaliśmy troszkę km od morza, ale cóż i tak jest fajnie nawierzchnia spoko , lasy pola wioski,dla takich osobników jak my tak naprawdę nie wiele trzeba do szczęścia.

Pierwszym celem drugiego dnia naszej wyprawy jest Łeba, po kilkunastu km  skręcamy w stronę tej miejscowości , i wtedy zaczyna sie sznur , podobnie jak na Hel wszyscy jada w tamta a nikt z powrotem, jedna droga  wąska drga a my w tym wszystkim.Samochody mijają nas na żyletkę , ale na szczęście nie ma strat w ludziach.Niekończący się sznur aut,co ludzie w nich sobie myślą ?Jest tyle pięknych miejsc a oni akurat tam wszyscy? Nie rozumiem filozofii tych osobników.

Dojeżdżamy bez problemów , my nie musimy stać i czekać ,jesteśmy głodni  czas na jakiś obiad.Idziemy do marketu po puszki rybne, bułki i jogurty ,lekki obiad żeby dobrze się jechało.Przysiadamy sobie na ławeczce i tak chyba z godzinkę kontemplujemy nad marnością tego świata:),Pożerając NASZ POSIŁEK.

Po jakimś czasie podeszła pani patrząc na nas dziwnie z pytaniem:CZY NIE POTRZEBUJEMY POKOJU? Ja patrząc na nią odpowiedziałem wskazując na nasze tobołki ze pokój mamy ze sobą:) PANI STWIERDZIŁA ŻE MY TO MAMY DOBRZE:)

Zabawna sytuacja lecz daje to do myślenia że każdy tęskni za wolnością i  chociaż raz w życiu móc poczuć się wolnym! Sami się wiążemy w dybach życia  a potem przychodzi tylko już codzienność , jak w matrixie  ……

Łeba hmmm co ludzie w tej miejscowości widza ? Tam nic oprócz wydm nie ma,  to może my jesteśmy inni że unikamy takich miejsc?

Po posiłku i ułożeniu w żołądeczku wracamy ta sama droga , lecz po dwóch km skręcamy w las bo jest szlak, a nasze mapy wskazują że nie musimy jechać już tym nieszczęsnym asfaltem.Z mapy wynika ze objedziemy jezioro , nie nadrabiając drogi, a  to był najwspanialszy pomysł na jaki wpadliśmy.Dopiero wtedy trasa  pokozała na co ją stac .Wjechalismy do Wolińskiego  park narodowego, drogi piaskowo szutrowe  nawet dało się spokojnie przejechać, okoliczności przyrody zaskakiwały na każdym kroku,nic wielkiego ale serce raduje  gdy człowiek wolnym się czuje:).

Jedziemy szutrówkami , a potem niespodziewanie szlak nam znika, lecz za jakiś czas się odnajduje, po środku niczego droga zmienia się na płytowa .Jakieś gospodarstwa pośrodku lasów i bagienek, mućki na łące wolno się pasące, cały ten urok naszej podróżny.Masaż rączek bez amortyzacji , lecz nie ma co narzeka twardo jest a to tylko mała niedogodność .I w pewnym monecie na horyzoncie zdarzeń pojawia się góra, słusznych rozmiarów.I tu na twarzy pojawiły się znaki zapytania? Gdzie dojechawszy w góry czy co?Na szczęście nie musieliśmy pod nie podjeżdżać , choć nie raz na naszej drodze zdarzyły się całkiem spore p[odjazdy, lecz nasze jednoślady dały rade, nie powiem burczeliśmy pod nosem ale co do przodu.

Dojechaliśmy w końcu do skrzyżowania Ustka -Rowy , do rowów bliżej więc decyzja zapadła .Asfalt milutki, lecz w oddali juz widać burzowe chmury.Trzeba się streszczać , pedałujemy co sił w nogach.Juz tuz tuz , wjeżdżamy , hmm ludzi jak by nie było? Dziwne?Szukamy noclegu, okazało się że pierwszy z brzegu był najtrafniejszą decyzja ,l na jedną noc to nikt nie chciał.Przyjęła nas fajna starsza pani,  byliśmy pierwszymi gośćmi w sezonie, pokój milutki dało się umyć i zjeść , na spokojnie , rowery schowane i czekały pod plandeka do samego rana. W nocy nadeszła burza i straszny wiatr i nie obyło się bez opadów , musieliśmy odżałować złotówki. Szybka kolacja i spać.Wrócę jeszcze do pani , jak zobaczyła rowery i spytała dokąd jedziemy to się uśmiała bo nie raz zdarzało się jej że właśnie tacy zakręceni ludzie jak my u niej nocowali, jeden szedł piechota całym wybrzeżem i tym podobni:)

https://www.endomondo.com/routes/653735984

https://www.endomondo.com/routes/653736794

DZIEŃ TRZECI.

Rowy-USTKA-Jarosławiec-Darłowo -Bobolin

Obudziliśmy się wcześnie rano,czas na zwiedzenie miejscowości.Ludzie jeszcze śpią , a my z buta ,cisza i spokój.

Ogólnie to nic takiego , normalna miejscowość  sezonowa. Nie omieszkaliśmy sobie zrobić zdjęć , fajny był tylko port  i pusta plaza.Miasteczko jeszcze śpi więc jest ok.Mały spacer i wracamy kręcić dalej do Ustki.

P1260037

poranek na plaży:)

P1260033 P1260038 P1260052 P1260050 P1260048 P1260045 P1260042 P1260041 P1260040 P1260054 P1260053 P1260070 P1260069 P1260066 P1260065 P1260064 P1260061 P1260060 P1260058 P1260057 P1260056

W wracamy do skrzyżowania na Ustkę , tak jadąc gadany sobie i Krzysztof przypomniał sobie że nasz kolega Reniek rezyduje zawsze latem w tejże miejscowości.

Obgadaliśmy ze zadzwonimy jak będziemy blisko ZADAJĄC SOBIE PYTANIE JAKA BĘDZIE JEGO MINA?

Nadszedł czas telefonu.Reniek gdzie jesteś? No jak to gdzie w Ustce, spoko to my zaraz będziemy.Zaskoczenie w ogóle  , miejsce spotka nia umówione więc czekamy, jedzie  uśmiech na ustach i w ogóle zdziwko.

Zaprowadził nas na swoja kwaterę , dał jeść pić  a potem zaproponował oprowadzenie po tej malowniczej miejscowości.

P1260072

Nasze koniki z sakwami.

kierownik WYCIECZKI,NASZ DOBRODZIEJ:)

P1260093

ŻEBY NIE BYŁO:)

P1260032 P1260090 P1260089 P1260088 P1260084 P1260078 P1260077 P1260076

Ta miejscowość , dała rade , były i bunkry a i port tez całkiem całkiem:)Nasz dobrodziej nie tylko oprowadził nas dał opierunek ale i wysłał nas dalej na dobrą drogę  wskazując kierunek i odprowadzając do granic miasta , jak Jagnę na taczce na granice wioski.

Obieramy kierunek Jarosławiec .Pogoda dopisuje słoneczko, droga mija ,wracamy wspomnieniami do tej miejscowości, byliśmy tam raz i tyle przygód nas spotkało że aż trudno uwieżyć.

Trasa milutka całkiem całkiem  ,kilometry mijają .Już na horyzoncie widać latarnie ,jesteśmy blisko pierwszego celu.

Pogoda dopisuje , ludzi masa , tylko takich jak my mało.Kupujemy rybę na dalszą drogę , obchodzimy latarnie i w drogę , bo jeszcze nie czas na popas.

Mijamy miejsca dobrze nam znane , śmiejemy się pod nosem.W końcu droga nam się kończy zostaje leśną ścieżką, wtedy pada hasło popas. Rybka wędzoną smakuje jak nigdy, spotykamy kolarza .Oczywiście chwila rozmowy  , nie ma dalej przejazdy bo jakieś prace są i nie przepuszczają .No nic musimy objechać i nadłożyć drogi.Dostaliśmy ostrzeżenie ze po drodze będą dwie górki całkiem duże.Pan dał nam fory, pewnie był ciekaw jak nam pójdzie?w Każdym RAZIE JAK JĄ ZOBACZYLIŚMY TO OD RAZU REDUKCJA,POWOLI Człapać ,WSPINALIŚMY SIĘ, A RYBKA DAŁA NAM TROSZKĘ SIŁY.PRZYGODNY ZNAJOMY DOPĘDZIŁ NAS NA SAMEJ GÓRZE I STWIERDZIŁ ŻE; MAMY DOBRE TĘPO. Fajnie być pochwalonym:) Mina nam ZRZEDŁA GDY NA NIĄ WJECHALIŚMY, , WŁAŚNIE W TYM MOMENCIE ZACZĘŁO PADAĆ , SZYBKI ZJAZD I NA PRZYSTANEK.To tylko przelotny.Na szczęście mam worki na śmieci robimy z nich prowizoryczne płaszcze i w drogę.W Darłowie już byliśmy , wiec się nawet nie zatrzymujemy zasuwamy dalej, do Bobolina.

Myśl o spaniu na plaży znowu przerywają nam chmury, z których na pewno będzie padać. Rozglądamy się za noclegiem.Droga kończy się na plaży, po lewej bunkier, a top dlatego  był tu poligon Wermachtu.

http://www.vaterland.pl/611,bobolin_darlowko_poligon_doswiadczalny_wehrmachtu.html

No nic wracamy się z plaży i idziemy na camping, może nas przyjmą? Na szczęście maja jakiś kawałeczek terenu dla naszej dwójki.Rozkładamy nasz super mały namiocik:) przykrywamy majdan płachta  i  na kebaba.W czasie naszej całej wędrówki ta potrawa to raczej nasza podstawa diety. Najbardziej denerwujące w takich miejscowościach  są automaty takie jak by hokej, nap[pierdziela to daleko i praktycznie wszędzie , rzygamy już tym dźwiękiem.

Wracając do naszego namiotu, prawie dwuosobowy, przy naszych gabarytach to chyba dla dzieci.Wchodzić trzeba było na wstecznym , w nocy padał deszcz , choć nam nie przemókł to i tak było mokro od wilgoci oddechów, zero wentylacji:) No cóż kolejny element wyposażenia się nie sprawdził.

Jakoś przetrwaliśmy do dnia następnego.

https://www.endomondo.com/routes/653737245

Dzień czwarty.

Bobolin-Mielno-Ustronie Morskie-Kołobrzeg-Mrzeżyno-Trzebiatów.

Jak zwykle wstaliśmy wcześnie rano,w namiocie zaduch mokro wszędzie od skraplającej się pary, to strat należna dwa zalane telefony ale  na szczęście dało się je odratować:)

Po deszczu wilgoć utrzymująca się w powietrzu wniknęła wszędzie ,wszystko wilgotne.No cóż taki mamy klimat .Nie narzekamy spakowaliśmy się i w drogę  na Kołobrzeg.Bez śniadanie jakoś lepiej się jedzie tak lekko, dopiero po jakimś czasie głód się odzywa , taki mały głodek , więc można go zignorować jak na razie.

Na szczęście  to prawda ze Biedronka jest tak blisko:) małe zakupy , a na popas przyjdzie czas.Zrobiliśmy go dopiero po dwudziestu dwóch kilometrach, nad jeziorem Jamno.Mimo że aura nie sprzyjająca troszkę chłodno, padł pomysł kąpieli, woda cieplejsza niż powietrze wiec co nam szkodzi?Wchodzimy , woda przyjemnie nas obmywa z potu czuje świeżość na skórze , tego było nam trzeba.Co ciekawe ludzie przejeżdżający dziwnie się na nas patrzyli, jezioro płytkie , więc postanowiłem nie leźć daleko to sobie usiąść  żeby tylko głowa wystawała z wody.Krzysztof poszedł dalej ze trzydzieści metrów, a i tak poziom wody sięgał mu do pasa.Wtedy napatoczyła się wycieczka rowerowa , dwa małżeństwa, jechali ze Szczecina do Gdańska.Spytali na początek jak woda i jak głęboko?Ja wstając  na równe nogi , mówię woda ok tylko płytko ,miny mieli i od razu uśmiechy na twarzy.Porozmawialiśmy sobie troszkę  , i nasze drogi się rozjechały.Sprzedali nam fajny patent, zostawili samochód w gdańsku a do szczecina pojechali pociągiem , więc nie musieli się martwić  o transport powrotny.

Wykapaliśmy się , zjedliśmy i jedziemy dalej, wpasowaliśmy się na jakiś szlak , bodajże czarny , hmm czasami wcześniej nim się poruszaliśmy ale nam znikał ,improwizujemy i jakoś nam to dobrze wychodzi,nikt nie narzeka  więc co ma być to będzie ważne żeby noga podawała.

Wracamy znów nad morze, po lewej mamy jezioro ,a po prawej mamy Bałtyk , coś koło jedenastu km.Jod chyba mamy w każdej komórce ciała ,  a endorfiny rozsadzają nasze mięśnie i mózg:)

Dojeżdżamy do Mielna, kolejna standardowa miejscowość , ludzi tłum .No nic jeszcze kawał drogi przed nami więc  co nam pozostaje, nie zabawiliśmy tam długo, gdzieś na obrzeżach żeby było taniej , jedliśmy pożywny nawet tani obiad , posiedzieliśmy troszkę żeby się ułożyło .Ludzie patrząc na nas zerkają jakoś dziwnie, nie mam pojęcia dlaczego ? To że można urlop spędzać tak a nie inaczej to jest nie normalne? Morze w ich mniemaniu tak.

Jedziemy sobie milutko asfaltem , znowu odbiliśmy od morza, lecz nam to nie przeszkadza kilometry bija , a my naładowani obiadem ciągniemy nasze tobołki przed siebie , nie zważając na to  jaki jest ruch na tej drodze.

W miejscowości Zagaje odbijamy w prawo na wybrzeże,przejeżdżamy przez fajnie położone miejscowości , mniejsze niż Mielno i inne kurorty, Bardziej kameralne i one bardziej nam obydwom się podobają .

W końcu droga utwardzona się kończy i teraz przyszło nam jechać polna droga wzdłuż pola kukurydzy , do gąsek, co ciekawe chyba ludzie sobie zrobili obwodnice tym duktem, ruch tam, pieszych i samochodów jak w szczycie w mieście 🙂 Na szczęście dla nas zawsze się miejsce znajdzie .Zagęszczenie ludu daje nam wskazówkę że do latarni chyba już nie daleko?Za laskiem widać już latarnię w Gąskach , czyli jesteśmy na dobrej drodze :)Do Kołobrzegu już nie daleko:)Jesteśmy już bliżej naszego celu , z każdą godziną  i minuta.

Podążamy w kierunku Ustroni morskich, gdzie wbijamy się na drogę numer 11.Km uciekają , my mamy oczy wokół głowy , a uśmiechy nie zachodzą z twarzy.

Już widac znak Kołobrzeg:) Nareszcie jakieś większe miasto,mijamy skład sprzętu wojskowego(jeden z największych chyba z tego co wiem?),kopalnie torfu bodajże i wjeżdżamy w prawdzie miasto nadmorskie (nie sezonowe miasteczko)turystów masa , nie dziwi mnie t bo to  miasto ma status uzdrowiska, zwiedzamy port, kupujemy pamiątki i śmigamy DO Mrzeżyna. Ten odcinek chyba jeden z fajniejszych.ścieżki rowerowe bajka,asfalcik , troszkę kostki.Najważniejsze że nie ma dzieci psów sam opasających się , mogących spowodować zagrożenie dla nas i innych.Każdy ma swoja przestrzeń gdzie może poruszać się i hasać  do woli.

przejeżdżamy obok pięknych Hoteli , nowych i starych, widać ze PRL zostawił tu dużo po sobie, ma to swój klimat .

czas pędzi km uciekają ,Mrzeżyno wita nas piękna pogoda .Robimy odpoczynek , i naradę co dalej? Pociąg ZE SZCZECINA MAMY JUTRO RANO bezpośredni do łodzi , A KM ZOSTAŁO NAM ZE STO? hMMM WIĘC ODBIJAMY NA Trzebiatów, a z stamtąd jakoś dostaniemy się pociągiem do szczecina?

Ryzykujemy, zbliża się wieczór, chłodno robić się zaczyna, i pada pytanie czy mają tam kolej?

N a szczęście tory widać , czyli jest dobrze:)

Dojeżdżamy do miasteczka utulonego do wieczornego snu, pytamy po drodze gdzie dworzec , podążamy we wskazanym kierunku, i od razu nam ulżyło .Musi być jakiś pociąg do szczecina:)

https://www.endomondo.com/routes/653737997

https://www.endomondo.com/routes/653739139

 

Korzystam z nadarzającej się okazji , toy toy , akurat dobrze że się trafił , zmieniam gaci i zrzucam balast.Idziemy zerknąć na rozkład , i tu chyba najbardziej nas zaskoczyło, bezpośredni pociąg do Łowicza:)

No cóż każdemu się czasami coś zdarza a improwizacja chyba najlepsze cop może być:)

Podjeżdża pociąg, prawie pusty , kupujemy u miłego konduktora bilety.Okazuje sie ze potem będzie zamieszanie z wagonami i będziemy musieli się przesiadać , no cóż ale pan rezerwuje nam bilety i miejsca. Czyli jest dobrze!

Dojechaliśmy do miejsca przepięcia wagonów , czyli szczecina.Zamieszanie, nasz odczepiają i musimy się szybko przemieścić .Szukamy wagonu z przedziałem dla rowerów, jest ale tak załadowany że  hoho,lecz my jakoś się upchnęliśmy na korytarzu.Niemiła pani kierownik miała jakieś problemy, a jeszcze gościa wcisnęliśmy co nie chciała go wziąć z rowerem .

Przystało nam  siedzieć na korytarzu.Najgorsze jest to ze ludziska , a szczególnie młodzież pchała się do kibla tam gdzie przejścia nie było , żeby zapalić, a my za każdym razem królewnom musieliśmy odstawiać rowery , normalnie masakra.

 

W każdym razie podróż pociągiem do Łowicza nas bardziej styrała niż nasze pedałowanie.Nie chciało nam się jechać  z Łowicza do domu na kółkach, więc wsiadamy do pociągu do Skierniewic, tu chociaż mamy luz, i do Rogowa a potem już do Brzezin.:)

Podsumowanie:

Zrobiliśmy prawie czterysta pięć dziesiątą km w ciągu czterech dni.Nauczyliśmy się troszkę , co zabierać , a co jest zbędne. Ja zabrałem kuchenkę , masę ciuchów z których tak naprawdę korzystałem tylko  z dwóch zestawów.Co do zasilania telefonów, nie polecam ładowarek solarnych,  wystarczą power banki, można je naładować na każdym postoju, lub przy spożywaniu posiłku, nikt nie robi problemów , a na pewno nie będzie się dźwigać niepotrzebnych kolejnych rzeczy.

Jedną z najważniejszych rzeczy jest mała apteczka, nie musi ale się przyda, tabletki na biegunkę i zatrucie , maść na ból tyłka ,znaczy na odparzenia.Ja używalnym takiej maści dla dzieci z cynkiem, dała znakomicie rade,krem do opalania.Krzysztof namiętnie tego unikał, aż do momentu aż się przypalił :)W  upału nie można zapominać o nakryciu głowy i okularach bo można sobie niechcący krzywdę zrobić.

Co do wyposażenia naprawczego, mały zestaw kluczy , dętka i coś do sklejenia żeby nie było,nam na szczęście nic się nie popsuło, olej do łańcucha.Może nic takiego ,ale ten płyn spowoduje ze uniknie się wkurzającego skrzypienia łańcucha:),zużycia nie unikniemy , bo ciężar własny tobołków i właściciela  jak by nie patrzeć robi swoje ,zwiększając siły na niego działające.Mój mimo ze był nowy przed, to po nadawał się na wyrzucenie.

Noclegi hmm , to już każdy wybiera co chce, spanie na plaży , spanie w namiocie, czy spanie w hotelu? Co kto lubi, my wybraliśmy opcje ekonomiczna , w ramach oszczędności.Musieliśmy raz spać w pokoju , ale taki mamy klimat niestety i taką opcje z bólem ,ale tez trzeba brać pod uwagę.

Nie sztuką jest zrobić sobie krzywdę w jakikolwiek sposób tylko dlatego że chce się oszczędzić , czasami nie warto ,a czasami z tego wychodzi coś fajnego:)W tych czasach każde pole namiotowe ma podstawowe wyposażenie , więc  można nocować i tak, no chyba ze chce się na dziko  , co tez poprzednimi razy nam się zdarzało, ale trzeba uważać na Lemury:)

 

Posumowanie podsumowaniem , ale tak naprawdę warto było !Mimo że zwiedzaliśmy migiem, te km były czymś najprzyjemniejszym ,co nas spotkało, poczucie wolności  .Tego nie da się kupić niestety za żadne pieniądze:) Na przyszłość będziemy ciut mądrzejsi:))))))